piątek, 27 grudnia 2013

Książka, która udawała


Istnieją takie romanse, których nazwanie harlequinem jest w pewnym sensie obrazą, mają w sobie bowiem wszystko, co reprezentować powinna dobra, ciekawa i ambitna literatura. Są wciągające, napisane kunsztownym językiem, pełne napięcia. Ich bohaterów lubimy lub nienawidzimy z miejsca albo wręcz przeciwnie — z czasem dopiero poznajemy i wyrabiamy sobie o nich zdanie, niekoniecznie zgodne z tym, co nam podpowiadało pierwsze (a nawet drugie czy trzecie) wrażenie. Od takich książek nie sposób się oderwać, bo nie pozwala nam na to wartka akcja, od pierwszych liter krzycząca w naszą stronę: Przeczytaj mnie natychmiast! Do samego końca.
Mistrz” Katarzyny Michalak, niestety, nie jest jedną z tych książek.

Sięgnęłam po „Mistrza” skuszona obwolutą i niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy książki po okładce nie wybierał. Wszystkie odcienie zbrodni i miłości — kusi początek opisu z tyłu. Nic jednak z tych rzeczy, moi mili. Ale po kolei.

Postaci występujące w „Mistrzu” noszą pretensjonalne imiona. Pewnie te wszystkie Andżeliki, Sonie czy Vincenci i Raulowie nie drażniliby aż tak, gdyby za tymi niedorzecznie brzmiącymi imionami kryli się bohaterowie wielowymiarowi. Albo chociaż zachowujący spójność własnego charakteru. Niestety, już na samym początku lekkie zaintrygowanie każdą z postaci przeradza się w irytację, bo oto Andżelika, która mogłaby być prawdziwą famme fatale, okazuje się być puszczalską nimfomanką pozbawioną nawet odrobiny godności; wplątana przypadkiem w mafijne sprawy Sonia to klasyczna bohaterka-kameleon: skromna, nieśmiała i piękna — natychmiast wzbudza w pojawiających się w książce mężczyznach pożądanie i instynkty opiekuńcze. W dodatku jest dziewicą! Dlaczego więc kameleon? No cóż, powiedzieć o niej, że pozbawiono ją charakteru byłoby nie lada eufemizmem. Urocza blondynka jest przerażona wtedy, kiedy to absolutnie konieczne, w odpowiedniej chwili targa nią pożądanie i spełnia wszystkie polecenia jak odpowiednio zaprogramowany robocik. Trochę tylko o myśleniu przy tym zapomina. Jedyną oznaką, że Sonia posiada jakąkolwiek osobowość, jest jej próba ucieczki, kiedy zostaje ona uprowadzona do rezydencji tajemniczego mafiosa Raula. Ten przejaw własnej inicjatywy szybko jednak znika, gdy dziewczyna — a może raczej powinnam mówić o niej dziewica, skoro autorka z takim namaszczeniem i taką częstotliwością raczyła o tym przypominać — kompletnie bez powodu zakochuje się w swoim porywaczu. Ja rozumiem, że Raul zapiera dech w piersiach swoją urodą i bogactwem (konia z rzędem temu, kto wskaże mi amanta, który tego nie robi...), zauroczenie zauroczeniem, pożądanie też jak najbardziej zrozumiałe, ale żeby tak zaraz pałać miłością do człowieka, który cię naszprycował i postrzelił? Wyborne, doprawdy, wyborne. Wszystko ma sens.

Logiki w tym tomie nie ma za wiele, a jeśli już — to jest ona pozorna. Taka w stylu: to ja teraz poudaję sobie, że wszystko łączy się w spójną całość, ale na wszelki wypadek nie myśl o tym za wiele, bo może się okazać, że pobity do nieprzytomności, połamany, porażony prądem i brutalnie pozbawiony części ciała bohater tak naprawdę raczej nie powinien kończyć rekonwalescencji po czterech tygodniach. W „Mistrzu” kończy i nikogo to nie dziwi, mnie pewnie też nie powinno. Tak jak dziwić nie powinno, że na początku i na pospiesznie skleconym końcu lektury ma się wrażenie, że czyta się kryminał, podczas gdy cały środek to nużący kawał tekstu poświęconego taniej erotyce z palmami w tle. Erotyka jest dobra, erotyka jest ciekawa. Oczywiście, pod warunkiem, że jest w niej jakiejś napięcie, że nie katuje się czytelnika nieustannym potokiem zanurzania palców w jej „płci” czy „kobiecości”, a bohaterowie nie dziękują sobie po wszystkim ze łzami w oczach. Zwłaszcza panowie. Erotyka, z jaką mamy do czynienia w „Mistrzu”, jest ciężkostrawna i mdła jak lody czekoladowe polane syropem klonowym, posmarowane masłem orzechowym, obsypane żelkami i doprawione Nutellą. Niby każda z tych rzeczy jest smaczna, ale już sam opis takiej potrawy nie zachęca do spróbowania... Podobnie jest z opisem scen łóżkowych. Byłyby świetnym środkiem antykoncepcyjnym — niech młodzież czyta, a problem nastoletnich ciąż rozwiąże się sam, bo po czymś takim nikt nie będzie chciał uprawiać seksu. Przez tak zwane „scenki” za każdym razem musiałam przebrnąć z bólem, traktując je jak zło konieczne i mając nadzieję, że jednak nie są gwoździem programu. Na swoje nieszczęście się przeliczyłam, bo wątek sensacyjny do samego końca uparcie leżał i kwiczał: „Dobij mnie!”.

Mankamentem, na który można by przymknąć oko, są liczne błędy interpunkcyjne i stylistyczne oraz literówki, jest to już bowiem wina edytora, nie samej autorki (tej ostatniej mogę jedynie zarzucić nadużywanie kalek językowych). Chociaż nie. Nie można przymknąć oka na tak kiepskie wydanie, gdy książka kosztuje prawie czterdzieści złotych i jest objęta tak obiecującym patronatem medialnym. Dlaczego, do ciężkiej cholery, nikt nie raczył tej powieści przed wydaniem przeczytać?

Marudzenie marudzeniem, ale nie znaczy to jednak, że „Mistrz” jest absolutnym dnem, o którym należy zapomnieć natychmiast po tym, jak się spali na stosie swój egzemplarz. Jest to powieść przeciętna. Wystarczy sięgnąć na półkę z harlequinami, by się przekonać, że podobnych utworów jest na pęczki. Jedyną różnicą między „Mistrzem” a harlequinami jest fakt, że te drugie nie udają, że są czymś innym niż tylko romansem. Jeśli szukacie dobrego kryminału albo sensacji, nie sięgajcie po ten tytuł. Jeśli natomiast szukacie krótkiego, przyjemnego romansu na zimowy wieczór... Cóż, w kiosku widziałam tańsze romansidła, ale kto bogatemu zabroni?



                                                                                                   

Katarzyna Michalak
Mistrz
wyd. FILIA, Poznań 2013
s. 310, okładka miękka


OCENA:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz