Istnieją
takie romanse, których nazwanie harlequinem jest w pewnym sensie
obrazą, mają w sobie bowiem wszystko, co reprezentować powinna
dobra, ciekawa i ambitna literatura. Są wciągające, napisane
kunsztownym językiem, pełne napięcia. Ich bohaterów lubimy lub
nienawidzimy z miejsca albo wręcz przeciwnie — z czasem dopiero
poznajemy i wyrabiamy sobie o nich zdanie, niekoniecznie zgodne z
tym, co nam podpowiadało pierwsze (a nawet drugie czy trzecie)
wrażenie. Od takich książek nie sposób się oderwać, bo nie
pozwala nam na to wartka akcja, od pierwszych liter krzycząca w
naszą stronę: „Przeczytaj
mnie natychmiast! Do samego końca”.
„Mistrz”
Katarzyny Michalak, niestety, nie jest jedną z tych książek.
Sięgnęłam
po „Mistrza” skuszona obwolutą i niech pierwszy rzuci kamieniem
ten, kto nigdy książki po okładce nie wybierał. Wszystkie
odcienie zbrodni i miłości —
kusi początek opisu z tyłu. Nic jednak z tych rzeczy, moi mili. Ale
po kolei.
Postaci
występujące w „Mistrzu” noszą pretensjonalne imiona. Pewnie te
wszystkie Andżeliki, Sonie czy Vincenci i Raulowie nie drażniliby
aż tak, gdyby za tymi niedorzecznie brzmiącymi imionami kryli się
bohaterowie wielowymiarowi. Albo chociaż zachowujący spójność
własnego charakteru. Niestety, już na samym początku lekkie
zaintrygowanie każdą z postaci przeradza się w irytację, bo oto
Andżelika, która mogłaby być prawdziwą famme fatale, okazuje się
być puszczalską nimfomanką pozbawioną nawet odrobiny godności;
wplątana przypadkiem w mafijne sprawy Sonia to klasyczna
bohaterka-kameleon: skromna, nieśmiała i piękna — natychmiast
wzbudza w pojawiających się w książce mężczyznach pożądanie i
instynkty opiekuńcze. W dodatku jest dziewicą! Dlaczego więc
kameleon? No cóż, powiedzieć o niej, że pozbawiono ją charakteru
byłoby nie lada eufemizmem. Urocza blondynka jest przerażona wtedy,
kiedy to absolutnie konieczne, w odpowiedniej chwili targa nią
pożądanie i spełnia wszystkie polecenia jak odpowiednio
zaprogramowany robocik. Trochę tylko o myśleniu przy tym zapomina.
Jedyną oznaką, że Sonia posiada jakąkolwiek osobowość, jest jej
próba ucieczki, kiedy zostaje ona uprowadzona do rezydencji
tajemniczego mafiosa Raula. Ten przejaw własnej inicjatywy szybko
jednak znika, gdy dziewczyna — a może raczej powinnam mówić o
niej dziewica, skoro autorka z takim namaszczeniem i taką
częstotliwością raczyła o tym przypominać — kompletnie bez
powodu zakochuje się w swoim porywaczu. Ja rozumiem, że Raul
zapiera dech w piersiach swoją urodą i bogactwem (konia z rzędem
temu, kto wskaże mi amanta, który tego nie robi...), zauroczenie
zauroczeniem, pożądanie też jak najbardziej zrozumiałe, ale żeby
tak zaraz pałać miłością do człowieka, który cię naszprycował
i postrzelił? Wyborne, doprawdy, wyborne. Wszystko ma sens.
Logiki
w tym tomie nie ma za wiele, a jeśli już — to jest ona pozorna.
Taka w stylu: to ja teraz poudaję sobie, że wszystko łączy się w
spójną całość, ale na wszelki wypadek nie myśl o tym za wiele,
bo może się okazać, że pobity do nieprzytomności, połamany,
porażony prądem i brutalnie pozbawiony części ciała bohater tak
naprawdę raczej nie powinien kończyć rekonwalescencji po czterech
tygodniach. W „Mistrzu” kończy i nikogo to nie dziwi, mnie
pewnie też nie powinno. Tak jak dziwić nie powinno, że na początku
i na pospiesznie skleconym końcu lektury ma się wrażenie, że
czyta się kryminał, podczas gdy cały środek to nużący kawał
tekstu poświęconego taniej erotyce z palmami w tle. Erotyka jest
dobra, erotyka jest ciekawa. Oczywiście, pod warunkiem, że jest w
niej jakiejś napięcie, że nie katuje się czytelnika nieustannym
potokiem zanurzania palców w jej „płci” czy „kobiecości”,
a bohaterowie nie dziękują sobie po wszystkim ze łzami w oczach.
Zwłaszcza panowie. Erotyka, z jaką mamy do czynienia w „Mistrzu”,
jest ciężkostrawna i mdła jak lody czekoladowe polane syropem
klonowym, posmarowane masłem orzechowym, obsypane żelkami i
doprawione Nutellą. Niby każda z tych rzeczy jest smaczna, ale już
sam opis takiej potrawy nie zachęca do spróbowania... Podobnie jest
z opisem scen łóżkowych. Byłyby świetnym środkiem
antykoncepcyjnym — niech młodzież czyta, a problem nastoletnich
ciąż rozwiąże się sam, bo po czymś takim nikt nie będzie
chciał uprawiać seksu. Przez tak zwane „scenki” za każdym
razem musiałam przebrnąć z bólem, traktując je jak zło
konieczne i mając nadzieję, że jednak nie są gwoździem programu.
Na swoje nieszczęście się przeliczyłam, bo wątek sensacyjny do
samego końca uparcie leżał i kwiczał: „Dobij mnie!”.
Mankamentem,
na który można by przymknąć oko, są liczne błędy
interpunkcyjne i stylistyczne oraz literówki, jest to już bowiem
wina edytora, nie samej autorki (tej ostatniej mogę jedynie zarzucić
nadużywanie kalek językowych). Chociaż nie. Nie można przymknąć
oka na tak kiepskie wydanie, gdy książka kosztuje prawie
czterdzieści złotych i jest objęta tak obiecującym patronatem
medialnym. Dlaczego, do ciężkiej cholery, nikt nie raczył tej
powieści przed wydaniem przeczytać?
Marudzenie
marudzeniem, ale nie znaczy to jednak, że „Mistrz” jest
absolutnym dnem, o którym należy zapomnieć natychmiast po tym, jak
się spali na stosie swój egzemplarz. Jest to powieść przeciętna.
Wystarczy sięgnąć na półkę z harlequinami, by się przekonać,
że podobnych utworów jest na pęczki. Jedyną różnicą między
„Mistrzem” a harlequinami jest fakt, że te drugie nie udają, że
są czymś innym niż tylko romansem. Jeśli szukacie dobrego
kryminału albo sensacji, nie sięgajcie po ten tytuł. Jeśli
natomiast szukacie krótkiego, przyjemnego romansu na zimowy
wieczór... Cóż, w kiosku widziałam tańsze romansidła, ale kto
bogatemu zabroni?
Katarzyna Michalak
Mistrz
wyd. FILIA, Poznań 2013
s. 310, okładka miękka
OCENA:


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz