piątek, 27 grudnia 2013

Magiczny realizm kobiet bez mężczyzn


Mają ropę, gaz ziemny, dywany, koty, pistacje i rodzynki, kobiety należy chować w domu, a największe dochody przynosi im ponoć eksterminacja gejów — tyle wie przeciętny Polak o Iranie. Zainteresujmy się jednak sytuacją istot skrywających się pod czadorem.

Na tym temacie, i to nie bez powodu, skupia się bowiem Shahrnush Parsipur w Kobietach bez mężczyzn. Książkę tę wydano w 1989 roku, zaledwie dekadę po rewolucji i rok po trwającej osiem lat wojnie iracko-irańskiej, co zaowocowało kolejnym (trzecim już) aresztowaniem perskiej prozaiczki, wciągnięciem książki na listę ksiąg zakazanych oraz zamknięciem wydawnictwa i wydawcy (Mohammada Reza Aslani). Każdy, kto choć minimalnie kojarzy, co działo się przed tym rokiem w Polsce, z łatwością pojmie, na czym mógł polegać problem.

Akcja powieści osadzona jest w Iranie lat pięćdziesiątych, w momencie, kiedy świat dowiaduje się o zamachu stanu przeprowadzonym przez Centralną Akcję Wywiadowczą Stanów Zjednoczonych przeciw irańskiemu premierowi, Mohammadowi Mosaddekowi. W takich realiach przyszło żyć Machdocht, Faezah, Munes, Farrochlaghdze i Zarrinkolah. Z wyjątkiem tej ostatniej, każda z nich jest przykładną Iranką, natomiast wszystkie ukrywają bądź tłumią swoje pragnienia, nadzieje i osobowości. Płeć czyni je zakładniczkami szarm, kobiety boją się plotek jak diabeł święconej wody, więc by chronić swojej godności i cnoty odsuwają potrzeby seksualne jak najdalej, byle tylko nikt nie posądził ich o brak przyzwoitości i rozwiązłość.

Najjaskrawszym przykładem ofiary tej autodestrukcji i klaustrofobicznego doświadczenia bycia kobietą jest Machdocht, dwudziestoośmioletnia nauczycielka z wyższej klasy średniej, która kompletnie nie radzi sobie z mężczyznami. Jako kobieta niezamężna bardzo łatwo może znaleźć się na (niezwykle ciętych) językach, ściągając tym samym hańbę na całą rodzinę, dlatego też nawet najmniejszy przejaw zainteresowania ze strony płci przeciwnej profilaktycznie traktuje jako zniewagę:

Panno Parhani, nie poszłaby pani ze mną do kina? Wyświetlają bardzo dobry film.
Machdocht zbladła jak ściana. Zupełnie nie wiedziała, w jaki sposób odpowiedzieć na tę obelgę. Co ten prostak sobie wyobrażał? Za kogo ją miał?

Natomiast kiedy w ogrodowej szklarni przypadkiem natrafia na kochającą się parę, kobieta wymiotuje z obrzydzenia. Machdocht tak dalece wypiera swoją cielesność, że jedyną drogą osiągnięcia seksualnej satysfakcji staje się dla niej przeistoczenie w drzewo.

Z kolei jej rówieśniczka, pochodząca ze względnie religijnej rodziny Faezah, marzy o tym, by zostać żoną Amir Chana. Oskarżona przez swoją bratową o flirt wpada w panikę: obawia się, że plotka o jej rzekomej nieprzyzwoitości dotrze do rodziny wybranka i przekreśli jej (i tak już marne) szanse na zamążpójście. Gdy zaś zostaje zgwałcona, rozpacza przede wszystkim dlatego, że w czasie nocy poślubnej jej przyszły mąż zorientuje się, iż nie jest już dziewicą, a jej opinia zostanie zszargana na zawsze.

Natomiast wychowywana... wróć: kształtowana, jak się formuje ciasto w blasze; a więc: kształtowana na przykładną i godną kobietę Munes o okrągłej twarzy (co w opinii Faezah czyni Munes głupim człowiekiem) w wieku trzydziestu ośmiu lat zostaje uświadomiona, że „cnota nie jest zasłoną”, tylko „dziurą” (jak wyjaśnia tłumaczka: następuje tu gra słowna; parde-ye bakarat, czyli dosłownie „zasłona dziewictwa”, co w innym kontekście ozanczałoby „błonę dziewiczą”). Jej nieznajomość anatomii wynika z tradycyjnego wychowania: seks i ciało są tematem tabu, a niezbędne informacje są przekazywane córce ustnie tuż przed nocą poślubną. Jako że Munes mężatką nie jest, to i o swoim ciele nic nie wie. Nawet w dzieciństwie nauczono ją bawić się inaczej niż chłopcy — mimo ogromnej chęci, nigdy na przykład nie weszła na drzewo, w obawie, że rozerwie swoją „zasłonę” (a tego Bóg jej przecież nie wybaczy). Swoje dołożył Amir Chan, w imię honoru i dobrego imienia trzymający dziewczynę zamkniętą w domu. Gdy kobieta znika na miesiąc, dla utrzymania dobrej reputacji brat jest gotów ją zabić.

Zamożna Farrochlagha jest przyzwoitą kobietą w zupełnie inny sposób, gdyż obowiązują ją inne reguły. Nie musi dbać o cnotę, bo tę straciła już dawno ze swoim mężem, za którego wyszła nie z miłości, lecz dla pieniędzy i prestiżu. Z tego samego też powodu się z nim nie rozwodzi; zresztą, i tak by to ją zniszczyło jako kobietę i pozbawiło szarm.

Jeszcze inaczej sytuacja przedstawia się z Zarrinkolah, wiecznie poniewieraną młodą prostytutką. Dziewczyna doskonale zdaje sobie sprawę, że jest pozbawiona szarm, aż pewnego dnia ta świadomość wpędza ją w neurozę: wszyscy mężczyźni, których widzi, są pozbawieni głów. Zarrinkolah ucieka więc z domu publicznego i w łaźni próbuje zmyć swoją hańbę. A próbuje tak zawzięcie, że szorując ciało zdziera skórę do krwi.

Drogi wszystkich bohaterek krzyżują się w kobiecej utopii — przestronnym ogrodzie Karadż, którego symbolika sięga rajskich ogrodów, istotnego elementu tradycji perskiej, a zapożyczonego przez kulturę judeochrześcijańską. Karadż staje się więc miejscem nie tylko wolnym od trosk życia codziennego, ale w kontekście całej powieści także szansą na niezależne i szczęśliwe życie.

Kobiety bez mężczyzn odwołują się do wyobraźni, operują tym, co niezwykłe i dziwne, jednocześnie niczego nie wyjaśniając i pozostawiając czytelnikowi wybór, którą interpretację przyjąć: potraktować książkę jako fantastyczną powiastkę, czy zanurzyć się głębiej w symbolikę i chwilowo stłumić swoją percepcję rzeczywistości, by móc rozszyfrować ten tekst. Obficie pojawiają się w nim bowiem elementy charakterystyczne dla realizmu magicznego: fantazmaty, których logiki nie kwestionują bohaterowie, obszerne użycie symboli i metaforyki, zniekształcenia czasu oraz szczegółowa analiza emocji i seksualności w odniesieniu do społeczeństwa, zaś zakończenie nie jest dla czytelnika jednoznaczne. I jeszcze długo po skończonej lekturze ma się wątpliwości, w którą interpretację wydarzeń uwierzyć: magiczną czy realną.

_________________________________________________________________
Shahrnush Parsipur
Kobiety bez mężczyzn
Przekład: Alicja Farhadi
Wyd. Claroscuro, Warszawa 2010

OCENA:



Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Wywrota.pl.










Powiew świeżości


Kobietom nie przysługuje miejsce w świecie smoczej magii” – czytamy już na samym początku. Należałoby to uzupełnić o kolejną tezę: kobiecie nie przysługuje miejsce w świecie fantastyki.

Bo też książki z tego nurtu, w których kobieta nie pełniłaby funkcji jedynie łupu wojennego czy profesjonalnej podawaczki trunków, można zliczyć na palcach. A już tym bardziej ze świecą szukać należałoby powieści fantasy, w których kobieta jest głównym bohaterem.

EON: powrót Lustrzanego Smoka łamie wiele niepisanych zasad tworzenia fantasy. Nie mamy tu do czynienia ze smukłymi elfami, które raczyłyby nas enigmatycznymi odpowiedziami-zagadkami, ani tym bardziej z krzepkimi krasnoludami machającymi w tę i we w tę toporami dwukrotnie większymi od ich właścicieli. Są natomiast smoki. Jednak też nie dla wszystkich, gdyż widzą je tylko nieliczni: lordowie Smocze Oko oraz chłopcy szkolący się do pełnienia tej funkcji (z pierwszych kart książki dowiadujemy się bowiem, że kobiety wprowadzają pierwiastek zepsucia do rzemiosła lorda Smocze Oko, nie posiadają też fizycznej siły i żelaznej woli, niezbędnej do zjednoczenia się ze smokiem; nihil novi sub sole). Akcja utworu rozgrywa się w Imperium Niebiańskich Smoków, do złudzenia przypominającym Cesarstwo Chińskie, co niewątpliwie okaże się gratką dla wszelkiej maści azjofilów. Tym bardziej więc dziwi fakt, że autorka obarczyła rolą głównego bohatera (bohaterki?) szesnastoletnią dziewczynę. Na dodatek – co w fantasy się raczej nie zdarza! – dziewczynę chromą. I na tym się raczej, niestety, kończą innowacje.

Eona, bo – jak nietrudno się domyślić – tak naprawdę nazywa się bohaterka, jest kandydatką na lorda Smocze Oko. Wraz z uczącym ją Mistrzem skrzętnie ukrywają przed Cesarzem i resztą imperium prawdziwą tożsamość Eona. Co jest, oczywiście, zadaniem piekielnie trudnym. Zwłaszcza, że Eon regularnie cierpi na comiesięczne bóle brzucha... Jakież więc jest zdziwienie wszystkich, gdy chudy, kulawy i słabowity eunuch (ha, tak to sprytnie wymyślił sobie Mistrz: eunuchowi nikt do spodni zaglądać przecież nie będzie) przywołuje zaginionego ponad pięćset lat temu Lustrzanego Smoka!

Jednakże Eon nie jest jedyną niecodzienną postacią w tej książce. Ciekawą osobistością okaże się także lady Dela, zwana w rodzinnych stronach opacznicą (a po naszemu transwestytą), która wprowadza Eona w skomplikowany świat etykiety, dworskich intryg i twardej polityki. Nie bez znaczenia będzie tu zapewne fakt, iż wraz ze swoim strażnikiem, eunuchem Rykiem, zdecydowanie mają się ku sobie. Jak w pewnym momencie zauważa z rozbawieniem Ryko: „dobrać się do miodu można w różny sposób”.

EON... nie jest typowym czytadłem dla fanów miecza i lejącej się gęsto posoki. Fabuła wciąga od pierwszych zdań i obrazków (a jakże, w książce fantasy ZAWSZE znajdzie się miejsce na mapę!), zachwyca niuansami obyczajowymi oraz subtelnymi opisami przeżyć wewnętrznych. Ponadto nie daje czytelnikowi przejść obojętnie obok kwestii o(d)szukiwania siebie i własnej tożsamości pod presją otoczenia.


___________________________________________________________________________

Alison Goodman
EON: Powrót Lustrzanego Smoka
Przekład: Dariusz Kopociński
Wyd.TELBIT, Kraków 2008

OCENA:


Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Wywrota.pl.



Książka, która udawała


Istnieją takie romanse, których nazwanie harlequinem jest w pewnym sensie obrazą, mają w sobie bowiem wszystko, co reprezentować powinna dobra, ciekawa i ambitna literatura. Są wciągające, napisane kunsztownym językiem, pełne napięcia. Ich bohaterów lubimy lub nienawidzimy z miejsca albo wręcz przeciwnie — z czasem dopiero poznajemy i wyrabiamy sobie o nich zdanie, niekoniecznie zgodne z tym, co nam podpowiadało pierwsze (a nawet drugie czy trzecie) wrażenie. Od takich książek nie sposób się oderwać, bo nie pozwala nam na to wartka akcja, od pierwszych liter krzycząca w naszą stronę: Przeczytaj mnie natychmiast! Do samego końca.
Mistrz” Katarzyny Michalak, niestety, nie jest jedną z tych książek.

Sięgnęłam po „Mistrza” skuszona obwolutą i niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy książki po okładce nie wybierał. Wszystkie odcienie zbrodni i miłości — kusi początek opisu z tyłu. Nic jednak z tych rzeczy, moi mili. Ale po kolei.

Postaci występujące w „Mistrzu” noszą pretensjonalne imiona. Pewnie te wszystkie Andżeliki, Sonie czy Vincenci i Raulowie nie drażniliby aż tak, gdyby za tymi niedorzecznie brzmiącymi imionami kryli się bohaterowie wielowymiarowi. Albo chociaż zachowujący spójność własnego charakteru. Niestety, już na samym początku lekkie zaintrygowanie każdą z postaci przeradza się w irytację, bo oto Andżelika, która mogłaby być prawdziwą famme fatale, okazuje się być puszczalską nimfomanką pozbawioną nawet odrobiny godności; wplątana przypadkiem w mafijne sprawy Sonia to klasyczna bohaterka-kameleon: skromna, nieśmiała i piękna — natychmiast wzbudza w pojawiających się w książce mężczyznach pożądanie i instynkty opiekuńcze. W dodatku jest dziewicą! Dlaczego więc kameleon? No cóż, powiedzieć o niej, że pozbawiono ją charakteru byłoby nie lada eufemizmem. Urocza blondynka jest przerażona wtedy, kiedy to absolutnie konieczne, w odpowiedniej chwili targa nią pożądanie i spełnia wszystkie polecenia jak odpowiednio zaprogramowany robocik. Trochę tylko o myśleniu przy tym zapomina. Jedyną oznaką, że Sonia posiada jakąkolwiek osobowość, jest jej próba ucieczki, kiedy zostaje ona uprowadzona do rezydencji tajemniczego mafiosa Raula. Ten przejaw własnej inicjatywy szybko jednak znika, gdy dziewczyna — a może raczej powinnam mówić o niej dziewica, skoro autorka z takim namaszczeniem i taką częstotliwością raczyła o tym przypominać — kompletnie bez powodu zakochuje się w swoim porywaczu. Ja rozumiem, że Raul zapiera dech w piersiach swoją urodą i bogactwem (konia z rzędem temu, kto wskaże mi amanta, który tego nie robi...), zauroczenie zauroczeniem, pożądanie też jak najbardziej zrozumiałe, ale żeby tak zaraz pałać miłością do człowieka, który cię naszprycował i postrzelił? Wyborne, doprawdy, wyborne. Wszystko ma sens.

Logiki w tym tomie nie ma za wiele, a jeśli już — to jest ona pozorna. Taka w stylu: to ja teraz poudaję sobie, że wszystko łączy się w spójną całość, ale na wszelki wypadek nie myśl o tym za wiele, bo może się okazać, że pobity do nieprzytomności, połamany, porażony prądem i brutalnie pozbawiony części ciała bohater tak naprawdę raczej nie powinien kończyć rekonwalescencji po czterech tygodniach. W „Mistrzu” kończy i nikogo to nie dziwi, mnie pewnie też nie powinno. Tak jak dziwić nie powinno, że na początku i na pospiesznie skleconym końcu lektury ma się wrażenie, że czyta się kryminał, podczas gdy cały środek to nużący kawał tekstu poświęconego taniej erotyce z palmami w tle. Erotyka jest dobra, erotyka jest ciekawa. Oczywiście, pod warunkiem, że jest w niej jakiejś napięcie, że nie katuje się czytelnika nieustannym potokiem zanurzania palców w jej „płci” czy „kobiecości”, a bohaterowie nie dziękują sobie po wszystkim ze łzami w oczach. Zwłaszcza panowie. Erotyka, z jaką mamy do czynienia w „Mistrzu”, jest ciężkostrawna i mdła jak lody czekoladowe polane syropem klonowym, posmarowane masłem orzechowym, obsypane żelkami i doprawione Nutellą. Niby każda z tych rzeczy jest smaczna, ale już sam opis takiej potrawy nie zachęca do spróbowania... Podobnie jest z opisem scen łóżkowych. Byłyby świetnym środkiem antykoncepcyjnym — niech młodzież czyta, a problem nastoletnich ciąż rozwiąże się sam, bo po czymś takim nikt nie będzie chciał uprawiać seksu. Przez tak zwane „scenki” za każdym razem musiałam przebrnąć z bólem, traktując je jak zło konieczne i mając nadzieję, że jednak nie są gwoździem programu. Na swoje nieszczęście się przeliczyłam, bo wątek sensacyjny do samego końca uparcie leżał i kwiczał: „Dobij mnie!”.

Mankamentem, na który można by przymknąć oko, są liczne błędy interpunkcyjne i stylistyczne oraz literówki, jest to już bowiem wina edytora, nie samej autorki (tej ostatniej mogę jedynie zarzucić nadużywanie kalek językowych). Chociaż nie. Nie można przymknąć oka na tak kiepskie wydanie, gdy książka kosztuje prawie czterdzieści złotych i jest objęta tak obiecującym patronatem medialnym. Dlaczego, do ciężkiej cholery, nikt nie raczył tej powieści przed wydaniem przeczytać?

Marudzenie marudzeniem, ale nie znaczy to jednak, że „Mistrz” jest absolutnym dnem, o którym należy zapomnieć natychmiast po tym, jak się spali na stosie swój egzemplarz. Jest to powieść przeciętna. Wystarczy sięgnąć na półkę z harlequinami, by się przekonać, że podobnych utworów jest na pęczki. Jedyną różnicą między „Mistrzem” a harlequinami jest fakt, że te drugie nie udają, że są czymś innym niż tylko romansem. Jeśli szukacie dobrego kryminału albo sensacji, nie sięgajcie po ten tytuł. Jeśli natomiast szukacie krótkiego, przyjemnego romansu na zimowy wieczór... Cóż, w kiosku widziałam tańsze romansidła, ale kto bogatemu zabroni?



                                                                                                   

Katarzyna Michalak
Mistrz
wyd. FILIA, Poznań 2013
s. 310, okładka miękka


OCENA: